
Dzisiaj tak trochę bardziej felietonowo, czyli o tym, co mnie boli. Ale najpierw o tym, co mnie ostatnio rozbawiło.
Jeden z użytkowników strony filmweb.pl (pseudonim: disorder) użył w toczącej się tam dyskusji cytatu, który pozwolę sobie tutaj przekleić. Wydaje mi się on bowiem dość ciekawy, a zarazem zabawny. Pochodzi z książki Western Czesława Michalskiego z początku lat 70. (można ją jeszcze odnaleźć w bibliotekach i antykwariatach). Ten krótki paszkwil na spaghetti, popełniony przez Michalskiego, pokazuje jak ówczesna krytyka filmowa postrzegała najfajniejszy westernowy nurt. Tutaj dochodzi jeszcze peerelowskie zniesmaczenie "potrzebami zachodniej publiczności" oraz oburzenie na sposób, w jaki bohaterowie włoskich westernów traktują kobiety. Z tych komunistów to prawdziwe feministyki były.
"Motyw sadyzmu, który występował już w pierwszych spaghetti-westernach, pod koniec lat 60. osiąga zenit w takich filmach jak : Jeżeli żyjesz - strzelaj!, Sabata, Kiedyś na Zachodzie (prawdopodobnie chodzi o Pewnego razu na dzikim zachodzie - przyp. Tuco) i wielu innych, w których ukazywane jest palenie ludzi na wolnym ogniu, odrąbywanie im dłoni i stóp, wykłuwanie oczu, strzelanie do dzieci niczym do dzikich królików itp. W zakresie gwałtu, brutalnosci i sadyzmu - spaghetti-western z nadwyżką spełnia zapotrzebowanie zachodniej widowni na tego rodzaju emocje. W przeciwieństwie do bohaterów autentycznego westernu, którzy z szacunkiem odnoszą się do kobiety i którym nieobce są romantyczne uczucia - bohaterowie włoskich filmów z Dzikiego Zachodu nie pozwalają sobie na miłość. W ich świecie bowiem miłość oznacza słabość, a kto jest słaby - ten ginie w najstraszliwszych mękach skowycząc z bólu. Bohater spaghetti-westernu nie ma ani przyjaciela ani dziewczyny. Jeśli zwiąże się bliżej z mężczyzną - to tylko w tym celu, aby go pózniej oszukać, zdradzić i podstępnie zamordować; jeżeli spotka kobietę - to tylko po to, aby ją ponizyć, sponiewierać, zbić do utraty przytomności i zgwałcić"
[Czesław Michalski "Western", Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1972,.s 255]
Niestety - mimo tego, że w pewnych kręgach uważane jednak za kultowe i ważne - spaghetti westerny do tej pory nie cieszą się uznaniem krytyków, a co gorsza również potencjalnych wydawców. Tytuły, które do tej pory ukazały się w Polsce na DVD, zliczyć można na palcach dwóch rąk. Właściwie są to jedynie westerny Sergia Leone (na szczęście wszystkie, a więc: Za garść dolarów, Za kilka dolarów więcej, Dobry, brzydki i zły, Pewnego razu na dzikim zachodzie, Garść dynamitu), poza tym Django Corbucciego Bóg wybacza – ja nigdy! (Dio perdona... Io no!) Colizziego, ewentualnie jeszcze (jeśli w ogóle zaliczyć go do spaghetti) Samuraj i kowboje (Soleil Rogue) Younga i... to już chyba wszystko. Dodam tylko, że niektóre z filmów Leone wydane zostały w dwóch wersjach (jednopłytowe i dwupłytowe z dodatkami), a Za garść dolarów również jako dodatek do gazety (PC World Komputer nr 1/2006).
Django oraz Bóg wybacza – ja nigdy! wyszły nakładem firmy Polmedia. Świetnie, że pomyślano o tych filmach - bo to przecież świetne filmy - szkoda jednak, że na tym się skończyło. Ostatnio strona www Polmedii nie działa, więc podejrzewam, że niestety zakończyła ona już swoją działalność. Tym bardziej szkoda, bo ich wydania - choć skromne i pozbawione dodatków - były niedrogie i przede wszystkim świetnie zremasterowane. Porównując je do niektórych zachodnich wydań, które udało mi się zakupić, obraz oferowany na tych dwóch DVD jest wręcz znakomity - barwy są nasycone, dźwięk jest dokładny a kadry nie są bezsensownie pourywane. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że miałem przyjemność widzieć wyjątkowo dużo wydań (zazwyczaj amerykańskich), które sprawiały wrażenie przegrywanych po raz piąty VHSów zgrywanych z PRO7. Trzeba być naprawdę zdeterminowanym, żeby chcieć coś takiego oglądać. Albo mieć spory sentyment do lat 80., kiedy to koreańskie filmy z niemieckim dubbingiem i domowo wgrywanym lektorem brały szturmem magnetowidy w polskich domach.
Zostało więc jeszcze sporo tytułów do zagospodarowania i jeśli czyta to jakiś ambitny wydawca, niech łaskawie weźmie je pod rozwagę. Z przyjemnością zobaczyłbym porządną, polską edycję takich dzieł jak Sabata, My name is nobody, The Great silence, The Big gundown, Ace high, The Mercenary, They call me Trinity, Keoma, Any gun can play, Massacre time, żeby tylko wymienić te, które przychodzą mi w tej chwili do głowy. Jestem też przekonany, że ich wydanie niekoniecznie musiałoby się wiązać z biznesowym samobójstwem, bo z pewnością jest wielu widzów, mających w głębokim poważaniu opinie przeróżnych Czesiów Michalskich, dla których spaghetti to kinematograficzna Sodoma, zepsucie i pomiot szatana.
Ps. Już w nastepnym odcinku Death rides a horse, świetny film, którego również nie znajdziecie w polskich sklepach.






















